Natalia Kukulska: Jestem na takim etapie, że już nic nie muszę, a jeszcze wiele mogę

Paweł Gzyl
Paweł Gzyl
Dominik Malik
Natalia Kukulska spełniła swoje kolejne marzenie – nagrała płytę w cyklu „MTV Unplugged”. Nam opowiada o jej realizacji, a przy okazji podsumowuje ćwierćwiecze swej muzycznej kariery, które wypadło w zeszłym roku.

– Kiedy stacja MTV pojawiła się w polskich kablówkach, był początek lat 90. Lubiłaś oglądać ten program?

– No pewnie. Najbardziej właśnie lubiłam „MTV Unplugged”. To były koncerty, na które się czekało. Przecież wiele z nich stało się przełomowymi dla niektórych artystów. Mam tu na myśli występy zespołów rockowych w rodzaju Nirvany czy legend w rodzaju Erica Claptona. Mnie jako początkującą wokalistkę urzekł niezwykle koncert Mariah Carey, która wykonała zaskakujące wersje swoich piosenek z dużym chórem. To było coś niesamowitego, pokazało jej kunszt. Od lat postrzegałam „MTV Unplugged” jako coś wyjątkowego. I jak każdy artysta, miałam chrapkę na taki koncert w swoim CV.

– Jak dołączyłaś do tego wąskiego grona polskich wykonawców, którzy zostali zaproszeni do zrealizowania „MTV Unplugged”?

– Moja menedżerka Monika Małyszek od dawna zabiegała o nagranie tego koncertu, ale też w ostatnim czasie byłam w gronie artystów branych przez MTV pod uwagę. Kiedy przyszła jednak moja kolej, było to dla mnie sporym zaskoczeniem, bo okazało się, że wcale nie ma dużo czasu na przygotowanie i musimy się z tym sprawnie uwinąć. – Propozycja trafiła idealnie w swój czas: bo w zeszłym roku obchodziłaś 25-lecie swej „dorosłej” kariery. – Szczerze powiedziawszy nie planowałam z tego powodu jakiegoś większego podsumowania. A nawet przekornie wydałam EP-kę z czterema premierowymi utworami – „Jednogłośna”. Bo zawsze wolę stworzyć coś nowego niż grzebać się w przeszłości. Dlatego w tym roku planowałam kontynuować tę EP-kę i wydać cały nowy album. A tu nagle pojawiła się propozycja ze strony MTV – i musiałam zmieniać plan. Bo trudno sobie wyobrazić lepsze zwieńczenie tego jubileuszu niż taki właśnie koncert.

– Masz na swoim koncie występy z akustycznym akompaniamentem – z Atom String Quartet czy nawet z Sinfonią Varsovią. „MTV Unplugged” nie było więc chyba dla ciebie wielkim wyzwaniem?

– Z jednej strony tak, ale z drugiej jest to jednak dosyć specyficzny format. Tremy może jakiejś wielkiej nie miałam. Bardziej czułam radość z tego koncertu. Odbył się on jednak grudniu, który miałam wyjątkowo pracowity i niemalże nie było dnia bez śpiewania. Jedyne więc o co się bałam, to o swoją formę wokalną. Mieliśmy próby w dwóch etapach – bardzo intensywne, ale w końcu realizacji pojawił się taki rodzaj adrenaliny i mobilizacji, że wszystko poszło dobrze. – Trudniej śpiewa się do akustycznego akompaniamentu? – W jakimś sensie jest się bardziej na widelcu. Kiedy sięga się po elektryczne instrumenty i elektronikę, brzmienie zespołu na koncercie jest zupełnie inne. Tutaj aranżacje były bardziej subtelne. Ale są one w swej fakturze dosyć bogate. Na scenie było dwanaście osób i pierwszy raz miałam w swych piosenkach sekcję dętą. I to bardzo oryginalną, bo wymyśliliśmy połączenie ciekawych instrumentów: klarnetu basowego, waltorni i fletu. Dało to wspaniały kolor. Również instrumenty perkusyjne były rozszerzone: obok podstawowego zestawu, mieliśmy handpany o bardzo ciekawym brzmieniu i marimbę, która zajęła prawie całą scenę. Do tego był chórek, bo w moich starych piosenkach jest dużo wokalnych harmonii. Wszystko to stwarzało wiele możliwości i dawało nam dużą radość.

– Trudno było zaaranżować twoje piosenki na dwunastoosobowy zespół?

– Na pewno było to duże wyzwanie. Podjął się go Archie Shevsky, z którym współpracuję koncertowo od lat, a ostatnio razem tworzymy piosenki i doskonale się rozumiemy. Jest taka teoria, że dobra piosenka obroni się grana tylko na gitarze przy ognisku. I tu mieliśmy podobny sprawdzian. Myślę, że udało nam się sprawić, że w żadnym utworze nie ma nudy. Weźmy taką piosenkę „W biegu” – ma taneczny charakter rodem z lat 90., a teraz w gitarowej aranżacji brzmi tak naturalnie, jakby była w ten sposób stworzona. Akustyczna koncepcja rzuciła zupełnie nowe światło na niektóre utwory. Dzięki temu odkryłam je na nowo.

– Czym się kierowałaś wybierając te szesnaście piosenek na ten występ?

– Format tego koncertu wymuszał na mnie przekrojowe podejście do swojej twórczości. Wybrałam przede wszystkim te utwory, które się dla mnie nie zestarzały lirycznie. Bo piosenkę można łatwo uwspółcześnić odpowiednim aranżem, ale tekstu już się nie zmieni. To było dla mnie dość ważne. Poza tym chciałam, żeby to były utwory z moich solowych płyt. Stąd nie znalazły się tu piosenki z filmów – „Wierność jest nudna” czy „Zakochani”. Są za to utwory ze starszych płyt, jak „Światło” czy „Puls”, ale nie jest tak, że musiałam wybrać coś z każdego albumu. Chciałam tak ułożyć piosenki, żeby niosły one spójny przekaz, aby ten koncert miał oczyszczający i pocieszający charakter pomiędzy wieloma refleksjami.

– Dlatego na singiel wybrałaś „Decymy”?

v Tak. Wiem, że ta piosenka jest ważna dla wielu moich fanów. Przez lata dostawałam tego dowody. Kiedy wypuściłam ten utwór w 2003 roku, nie był on jakoś często grany przez radio. Z czasem stał się jednak jedną z moich najważniejszych piosenek. Bo ludzie ją pokochali ze względu na nadzieję, którą niesie: „To nic, że oczy pełne łez/I tak nadejdzie nowy dzień”.

– Skąd u ciebie teraz ta chęć pocieszenia słuchaczy?

– Może bardziej ukojenia. Sama obecnie szukam muzyki, która mnie nie dołuje. Oczywiście wszystko zależy od nastroju, bo muzyką potrafimy sobie wspaniale kolorować świat. Ostatnie dwa lata ze względu na pandemię były bardzo szare. Teraz mamy wojnę w Ukrainie, choć „Decymy” wybrałam na singla przed tym wydarzeniem. Mam taką naturę, że ciągle szukam jakiejś myśli czy refleksji, której się można złapać i ukoić duszę. Oczywiście to nie są piosenki z naiwnym przekazem, że „wszystko będzie dobrze”, ale sporo jest jednak w nich pozytywnych refleksji i oczyszczających.

– Dla mnie utwory z „MTV Unplugged” układają się w spójną opowieść o współczesnej kobiecie. Czyli o tobie.

– Masz rację. Sporo tam autorefleksji. Do piosenki „Kobieta” zaprosiłam Natalię Szroeder. Dlatego nabrała ona trochę charakteru manifestu „girl power”. No i jest też „Jednogłośna”, w której śpiewam, że uczę się akceptować samą siebie, przyjaźnić się ze sobą.

– Wspomniałaś o gościach na płycie. Natalia Szroeder i Igor Herbut nie kojarzą mi się jakoś z tobą. Skąd taki wybór?

– To prawda: miałam do wyboru kilka bardziej oczywistych duetów. (śmiech) Natalię obserwuję od dawna, bo też pracuje z Archie Shevskym. Poza tym jest zjawiskową kobietą i wokalistką. Widzę, że jej droga artystyczna jest coraz bardziej świadoma i wysublimowana. Ma klasę i magię. No i świetne imię. (śmiech) Z Igorem wielokrotnie mijałam się na scenie i kiedyś zaprosiłam go do koncertu „Życia mała garść”. Poznaliśmy się i polubiliśmy zakulisowo. To bardzo oryginalny artysta o wielkiej wrażliwości, nie do podrobienia. Nawet jak wchodzi w różne projekty, to i tak zostaje sobą. Bardzo lubię tę jego wschodnią nutę w śpiewaniu. Tutaj wykonaliśmy w duecie moją nową piosenkę – „Osobno czy razem” – i każdy z nas pomimo duetu zachował osobną tożsamość artystyczną.

– Miałaś też za swoimi plecami dwóch najbliższych sobie mężczyzn: męża Michała i syna Jasia.

– Tak, mój syn zagrał na marimbie. Uwielbiam ten instrument. Jaś skończył szkołę muzyczną drugiego stopnia w klasie instrumentów perkusyjnych klasycznych. Świetnie sobie poradził. Marimba to nie łatwy instrument, a partie, które miał do zagrania w większości piosenek, nadawały im motoryczny charakter. Dla mnie było to bardzo wzruszające, że Jaś jest na scenie, choć jego instrument zajął ją prawie całą. (śmiech)

– Jak to się stało, że Jaś poszedł w ślady swego taty, a nie w twoje?

– Na pewno zaowocowało to, w jakim domu żyje. To człowiek renesansu, który ma bardzo otwartą głowę na muzykę. Bierze udział w wielu własnych projektach – gra z Zalią i w kilku alternatywnych zespołach. Do tego studiuje kompozycję na Wydziale Jazzu Akademii Muzycznej w Katowicach. Tworzy więc szersze aranżacje – na big bandy i orkiestry symfoniczne. Faktycznie nie poszedł w solowe śpiewanie, ale od czasu do czasu też śpiewa całkiem fajnie. Teraz chce liznąć reżyserii dźwięku. Będzie więc artystą samowystarczalnym.

– Nie chciałaś, aby córka Ania zaśpiewała w chórku?

– Nie, choć pewnie nie miałaby z tym problemu, bo już zdarzały się takie sytuacje. Ania jest też bardzo zdolna muzycznie i chce iść swoją drogą. Na razie czas intensywnej nauki przed nią, bo w przyszłym roku ma maturę. A potem chciałaby studiować poza Polską musical. Jej pasją jest też taniec. Rzeczywiście moje dzieci nie uciekły więc daleko od naszego naturalnego środowiska.

– Sama doświadczyłaś dorastania w cieniu znanych rodziców. Dzięki temu łatwiej ci będzie pozwolić twoim dzieciom na samodzielność?

– Już teraz im pozwalam. Nie kieruję ich wyborami. Po prostu tak się złożyło, że muzyka jest dla nich pasją. A nie ma nic cenniejszego dla rodzica niż to, że ma dziecko, które ma swoją pasję i wie, jaką iść drogą. Ja oczywiście mogę pokazywać im możliwości i je wspierać, ale na razie patrzę na to z boku. Nasze drogi artystyczne przecięły się póki co z Jasiem. Ale niczego mu nie narzucam – i na przykład nie chcę go na stałe wziąć do swojego zespołu, choć trasę „MTV Unplugged” ma z nami zagrać. Nasza współpraca będzie miała jednak raczej sporadyczny charakter. Wiem bowiem, jak ważne jest poczucie, że dziecko samo zapracowało na swój sukces. Pamiętam jak nagrywałam pierwszą płytę i tata miał potrzebę mi doradzać. Chciałam się od tego wyrwać i wszystko zrobić po swojemu. Pracowałam dwa razy więcej – by mieć poczucie, że sama zapracowałam na wszystko. Oczywiście wiem, że i tak zawsze ludzie powiedzą: „To ojciec jej załatwił”. Tymczasem tak to nie działa. Ale dzięki temu miałam ambicję by tak dużo stworzyć.

– Największą niespodzianką na twoim „MTV Unplugged” jest cover – „Nie ma wody na pustyni” Bajmu. To ulubiona piosenka z twojego dzieciństwa?

– Tak, uwielbiałam ten numer. Pamiętam jak z koleżankami chodziłam w Ustce po plaży i śpiewałyśmy „Nie ma wody na pustyni”. A kiedy grzęzłyśmy na wydmach, krzyczałyśmy: „Tylko piach, suchy piach”. (śmiech) A tak na serio: cover jest jednym z wymogów „MTV Unplugged”. Nie chciałam jednak zrobić tego na poważnie. Pomyślałam, że wybiorę jakiś dowcipny utwór. A niewiele jest w polskiej muzyce takich piosenek. W końcu przypomniałam sobie o „Nie ma wody na pustyni”. Wszyscy byli zaskoczeni tym pomysłem. Nawet sam Archie był początkowo przeciwny. Ale jak już w to weszliśmy, to mieliśmy super fun.

– Koncert jest zrealizowany bardzo efektownie pod względem wizualnym. Odcisnęłaś i tutaj swoje piętno?

– Jestem bardzo wdzięczna ekipie dźwiękowej i wizualnej, z którymi pracowałam przy tym koncercie. To była czysta przyjemność – współpraca we wsłuchaniu się w artystę i w jego wizję, ale z wyjściem naprzeciw jego pomysłom i umiejętnościom. Postanowiłam pobawić się trochę kolorami i formą – i w to poszliśmy. Scenografia jest minimalistyczna, ale współtworzą ją figury geometryczne, które dają piękne światłocienie. To zasługa scenografki i oświetleniowca. Dzięki ich korelacji światło gra tutaj ważną rolę.

– No i wszyscy muzycy łącznie z tobą są ubrani w oryginalne stroje.

– Chciałam, żeby wszystkie elementy ze sobą współgrały. Muzycy są w jakimś sensie ruchomą scenografią. Udało się to dopracować. Kostiumy zaprojektował nam młody i utalentowany projektant – Serafin Andrzejak. Wszystko było szyte. Zrobić na takim wypasie koncert – to było coś fantastycznego.

– Skąd u ciebie upodobanie do dbania nie tylko o muzyczną stronę danego projektu, ale również wizualną?

– To wynika z tego, że jestem wizjonerką. Kiedy w coś wchodzę, to lubię to dopracować z każdej strony. Jestem trochę Zosią-Samosią. Dla mnie wszystko ma znaczenie. Oczywiście muzyka jest na pierwszym planie – ale koncert też się ogląda. Kiedy jesienią ruszymy z „MTV Unplugged” w Polskę, to też będziemy jeździć z całym tym naszym kostiumowo-scenograficznym anturażem. Cieszymy się na to bardzo – bo koncert, który został zarejestrowany na potrzeby płyty obejrzało ze względu na pandemiczne ograniczenia tylko niecałe sto osób.

– „MTV Unplugged” sprawiło, że musiałaś podsumować 25 lat swojej kariery. Jesteś zadowolona z miejsca, które zajmujesz na polskiej scenie muzycznej?

– Tak, bo jest to miejsce, w którym mogę robić swoje rzeczy i rozwijać się. Może jest to przestrzeń, która nie zawsze ma komercyjny wymiar, ale zdarzają się takie projekty, które spotykają się z szerokim odzewem publiczności – jak ostatnio „Czułe struny”, które były totalnym spełnieniem moich marzeń -zarówno w wymiarze artystycznym jak i odbiorze. „MTV Unplugged” też jest na pewno takim ważnym wydarzeniem. Myślę, że jestem na takim etapie, że już nic nie muszę, a jeszcze wiele mogę. Kiedy już więc mam coś zrobić, to tylko to, co sprawi, że będę miała motylki w brzuchu. Dlatego przede wszystkim stawiam na jakość. „MTV Unplugged” jest bardzo pięknie wydane. W jakimś sensie to walka z formatem cyfrowym. Dlatego kiedy coś ukazuje się fizycznie, to ta jakość wydania jest dla mnie ważna. Ten projekt jest też dla mnie okazją do spojrzenia na ludzi, z którymi do tej pory pracowałam. Wiele się od nich nauczyłam. Również błędy i porażki stworzyły mnie taką, jaką jestem. Dlatego dobrze się czuję w tym momencie mojej drogi.

Twoja kariera dzieli się na dwa etapy: najpierw śpiewałaś maintreamowy pop, a potem poszłaś bardziej w stronę alternatywną, co jednak nie zawsze owocuje komercyjnymi sukcesami. Nie żałujesz, że zwróciłaś się w stronę bardziej ambitnej muzyki?

– Dla mnie nigdy celem nie było, żeby podobać się wszystkim. Bo to jest niemożliwe. Kiedy słyszę, jak jakiś wykonawca mówi, że nagrał płytę, na której znajdzie się coś dla każdego, to myślę sobie: „O nie, to coś dziwnego”. Artysta musi wypowiadać się po swojemu, nawet jeśliby miało to czasami być kontrowersyjne. Kalkulacja w muzyce ma krótkie nogi. Może czasem daje efekty w postaci przebojów, ale czy artysta jest wtedy spełniony i wiarygodny? Ja chcę, żeby moja publiczność wiedziała, że kiedy coś robię, to wkładam w to całe swoje serce, a moim celem nie jest to, żeby się sprzedać i nachapać. Dla mnie najważniejsze są wartości artystyczne. A ponieważ mamy realia takie, jakie mamy, to różnie bywa z popularnością tego typu projektów. Mimo to uważam, iż to jest najlepsza droga, jaką mogłam wybrać.

– Co było impulsem, który sprawił, że postawiłaś na te artystyczne wartości?

– Życie w prawdzie ze sobą. W latach 90. byłam na szczycie i zaznałam smaku komercyjnego sukcesu. Okazało się jednak, że to bardzo niewygodne miejsce, bo napędza mnóstwo oczekiwań. Zresztą do tej pory ciągną się one za mną. Nie sposób jednak tak żyć i tworzyć. Nic by nowego nie powstało, gdybyśmy się tylko kręcili wokół własnego ogona. Zaczęłam więc szukać możliwości rozwoju artystycznego.

– Pierwszą alternatywną płytą w twoim dorobku był „CoMix” nagrany z mężem. Wsparcie Michała jest dla ciebie ważne?

– Michał też bardzo zmienił swoje myślenie o muzyce. Oczywiście uczestniczy w komercyjnych projektach jako sideman. Ale jest tez wizjonerem. Ja to przy nim jestem niemal mainstreamowa. To, co Michał teraz tworzy własnego, jest całkowicie pokręcone i wysublimowane. Niestety nie sfinalizował jeszcze tych wizji wydawnictwem. Dlatego zaczęłam ostatnio pracować z Archie Shevskym, żeby dać mu trochę oddechu, aby skończył swoją własną płytę. Obiecał, że to będzie w tym roku – więc zobaczymy.

– Tata na pewno śledził uważnie rozwój twojej kariery. Jak postrzegał tę twoją przemianę?

– Tata miał tradycyjne myślenie – że piosenka to musi być tak i tak. Bolała go pewna niesprawiedliwość. „To taka ładna piosenka, a czemu nie grają jej w radiu? Może to dla nich jest za trudne?” – pytał. Przeżywał to bardzo. Mieliśmy więc w tej materii dużo dyskusji. Myślę jednak, że rozumiał tę moją potrzebę nieuginania się przed komercyjnym myśleniem. Ale było w nim ciągle jako w kompozytorze piosenek popowych takie myślenie: „Jak tu uprościć, żeby się wszystkim podobało?”. Bo tak jak mówią w branży: „Dodajesz dwa trudniejsze akordy i wypadasz z gry”. Ja wzięłam to „wypadnięcie z gry” na klatę – ale wydaje mi się, że na dłuższą metę okazało się to czymś ciekawszym. Cóż: albo mam za duży szacunek do swojej pasji, albo za mało pokory do traktowania tego, co robię w usługowy sposób. Bo chociażby śpiewając piosenki mojej mamy, mogłabym zapewnić sobie w pełni bezpieczeństwo finansowe. Albo odgrzewać w kółko swoje największe przeboje na festiwalach. To mnie jednak nie interesuje. Bo byłabym wtedy wobec siebie nieszczera.

– Masz za sobą 25 lat udanej kariery. Jakie wyzwania chciałabyś jeszcze przed sobą postawić?

– Na pewno mam w planie kolejne albumy. Chciałabym też wrócić do regularnego koncertowania. Teraz bardzo się cieszę na jesienne koncerty z „MTV Unplugged”, bo to totalnie wyjątkowy skład. Są też projekty, które będą dla mnie otwarciem nowych dróg, ale na razie nie mogę o nich mówić. W dalszej przyszłości widzę siebie jako producentkę, pomagającą innym artystom w tworzeniu im nowych wydawnictw. Do tego jednak jeszcze daleka droga.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Instahistorie extra - Daria Widawska o meczu Polska-Argentyna

Materiał oryginalny: Natalia Kukulska: Jestem na takim etapie, że już nic nie muszę, a jeszcze wiele mogę - Plus Dziennik Polski

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na stronakobiet.pl Strona Kobiet
Dodaj ogłoszenie